wtorek, 23.10.2007, 17:47:10
Wróbel - historia prawdziwa
Przez uchylony lufcik w wypożyczalni wleciał wczoraj do pomieszczenia wróbel. Nie zauważyłem go wpierw, ale zwrócił moją uwagę gdy usiadł na regale niedaleko mnie. Próbował biedak wylecieć tłukąc w szyby, ale ze względów oczywistych mu nie wychodziło. Musiałem zdjąć trochę kwiatów z parapetu, otworzyć szeroko jedno z okien i czekać, aż znajdzie drogę na wolność. Dużo czasu mu to nie zajęło. Przysiadł jeszcze na krawędzi otwartego okna, a potem pofrunął w świat.
Co ciekawe, to nie jest pierwszy przypadek, gdy podczas pracy wleciał mi do pomieszczenia wróbel. Poprzednia sytuacja zdarzyła się jakoś przed wakacjami, chyba w czerwcu. Niestety nie skończyła się tak dobrze jak ta wczorajsza. Ptak nie przeżył spotkania z szybą.
Ale od początku. Żeby wyjaśnić jak doszło do tego wszystkiego, muszę pokazać jak wygląda czytelnia w WSH w Sosnowcu. Pomieszczenie, gdzie dyżurujemy my i gdzie użytkownicy mają komputery z dostępem do internetu jest oddzielone od właściwej czytelni naukowej, w której studenci siedzą z książkami, ścianą ze szkła. Wygląda to tak:

Czytelnia ma okna na przestrzał. Są one zarówno tu, po prawej stronie, jak i z drugiej strony, w pomieszczeniu za przeszkloną ścianą. Latem jest tam bardzo gorąco, więc otwieramy wszystko, co się da. Właśnie tam, do tamtej czytelni wróbel wleciał przez szeroko otwarte okno i z pełnym impetem przydzwonił w ostatni szklany segment, ten najbardziej z tyłu.
Ja akurat siedziałem odwrócony tyłem do ściany (na bliższym stanowisku ze zdjęcia), więc w pierwszej chwili nie zorientowałem się, co się stało. Dopiero gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem wróbla leżącego na podłodze. Nie dawał znaku życia.
Po bliższych oględzinach okazało się, że ptak oddychał, ale był mocno ogłuszony uderzeniem. Przeniosłem go na parapet okna, położyłem na kawałku papierowego ręcznika i zostawiłem, żeby doszedł do siebie.
Po kilkudziesięciu minutach zaczął się ruszać i reagował, gdy się zbliżałem, ale na nogi nie wstał. Miałem trochę ruchu w czytelni, więc nie za bardzo mogłem do niego zaglądać. Gdy zajrzałem po dłuższej chwili okazało się, że ptak albo sfrunął albo stoczył się na ziemię i schował pod rozłożystym kwiatkiem.
Wydawało się nam (bo zdążyłem już powiedzieć o całej sytuacji pani Eli, kierowniczce, która w ten weekend też była na dyżurze) że wróbel powinien się z tego wylizać, nie wyglądał najgorzej, trochę tylko ciężko oddychał. Zbliżała się jednak godzina zamknięcia biblioteki, a zostawić go w czytelni oczywiście nie można było. Pomysł zostawienia go gdzieś na dworze odpadł w przedbiegach, bo wiedzieliśmy, że w okolicy wałęsają się bezpańskie koty i wróbel nie miałby żadnych szans przeżycia.
Zapakowaliśmy go więc do tekturowego pudełka, nalaliśmy trochę wody do spodeczka, zostawiliśmy trochę chleba i oddaliśmy pod opiekę portiera. Niestety gdy przyszliśmy następnego dnia do pracy okazało się, że wróbel nie przeżył nocy. Musiał sobie coś poważniej uszkodzić gdy przysolił w szkło.
Nigdy nie wiadomo, co się może człowiekowi przydarzyć na spokojnym, wydawałoby się, dyżurze…