WikiLeaks a sprawa biblioteczna

Cały świat żyje ostat­nimi tygo­dniami kar­miąc się wręcz infor­ma­cjami na temat rewe­la­cji, jakie ser­wis Wiki­Le­aks udo­stęp­nił wypusz­cza­jąc w świat ponad 250 000 depesz jakie wymie­niał rząd ame­ry­kań­ski ze swo­imi pla­ców­kami dyplo­ma­tycz­nymi na całym świe­cie. W mediach zawrzało, a i biblio­teczny świa­tek dorzu­cił swoje trzy grosze.

Wiki­Le­aks dość szybko stało się gorą­cym kar­to­flem parzą­cym każdą firmę, która się go tknęła. Ama­zon po jed­nym dniu hosto­wa­nia ser­wisu zli­kwi­do­wał im konto, rze­komo ze względu na zła­ma­nie regu­la­minu, Pay­Pal zablo­ko­wał konto, na które zbie­rane były pie­nią­dze na utrzy­ma­nie ser­wisu, a firma Eve­ryDNS odmó­wiła utrzy­my­wa­nia domeny wikileaks.org.

Visa i Master­card odmó­wiły obsłu­gi­wa­nia Wiki­Le­aks, a w odwe­cie za te wszyst­kie akcje, inter­nauci zaczęli DDoS–ować ww. strony. Gene­ral­nie media mówią o roz­pę­ta­niu wojny inter­ne­to­wej. I nie ma w tym przesady.

Ale o samej afe­rze zwią­za­nej z Wiki­Le­aks nie chcę pisać, bo nie to jest celem tego wpisu. Co wspól­nego z tym mają biblio­teki? Otóż w ame­ry­kań­skiej biblio­tecz­nej blo­gos­fe­rze nieco zawrzało po infor­ma­cji, że Biblio­teka Kon­gresu na swo­ich kom­pu­te­rach (zarówno w wewnętrz­nym sys­te­mie jak i na kom­pu­te­rach dla czy­tel­ni­ków) blo­kuje dostęp do Wiki­Le­aks. Na blogu potwier­dzono tę wia­do­mość tłu­ma­cząc jed­no­cze­śnie dla­czego zde­cy­do­wano się na taki krok:

Biblio­teka zde­cy­do­wała się na zablo­ko­wa­nie Wiki­Le­aks ponie­waż prawo zobo­wią­zuje agen­cje fede­ralne do ochrony taj­nych infor­ma­cji. Nie­au­to­ry­zo­wane upu­blicz­nie­nie takich doku­men­tów nie zmie­nia ich sta­tusu i nie skut­kuje auto­ma­tycz­nym ich odtajnieniem.

Bomba poszła, a za nią dys­ku­sje. Na blogu Biblio­teki Kon­gresu (wpis pod­lin­ko­wany powy­żej) jest już ponad 150 komen­ta­rzy, wśród któ­rych prze­wo­dzą lamenty ude­rza­jące w ton “ola­boga, cen­zura”, “bastion wol­no­ści infor­ma­cji czyli biblio­teka dał sobie zało­żyć kne­bel”, “wstyd i hańba” i tak dalej.

Wpis o podob­nym tonie możemy prze­czy­tać na blogu Libra­rian in Black, gdzie autorka potę­pia decy­zję i wręcz oskarża Biblio­tekę Kon­gresu o łama­nie Pierw­szej Poprawki do kon­sty­tu­cji USA i Karty Praw Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Bibliotekarzy.

Jest mnó­stwo opi­nii nieco bar­dziej wywa­żo­nych, w stylu wpisu Davida Lee Kinga, który cytu­jąc inne źró­dło nazywa sprawę “kla­sycz­nym przy­pad­kiem zamy­ka­nia drzwi sto­doły po tym, jak wszyst­kie konie zdą­żyły uciec”. Sło­wem, ile ludzi tyle opinii.

A co ja o tym sądzę? No cóż, co tu dużo ukry­wać, cen­zury nie lubię. I bar­dzo nie lubię cen­zury w biblio­tece. Uwa­żam, że czy­tel­ni­kom się nie powinno odma­wiać ksią­żek, nie­za­leż­nie od tego, w jakim jest on wieku (“za młody jesteś na tę książkę, przyjdź po nią za kilka lat”).

Uwa­żam, że to nie do biblio­te­ka­rza należy decy­zja o tym, co ktoś powi­nien czy­tać a co nie. W przy­padku nie­let­nich to kwe­stia rodzi­ców, oni powinni kon­tro­lo­wać to, co ich pocie­cha czyta, a nie biblio­te­karz. Jestem ewen­tu­al­nie w sta­nie zro­zu­mieć fil­tro­wa­nie por­no­gra­fii na kom­pu­te­rach dla czytelników.

Ale sprawa Wiki­Le­aks w Biblio­tece Kon­gresu jest tro­chę inna. Trzeba pamię­tać, że Biblio­teka Kon­gresu jest, jak sama jej nazwa wska­zuje, biblio­teką fachową — agendą rzą­dową dzia­ła­jącą przy Kon­gre­sie i peł­niącą obo­wiązki biblio­teki naro­do­wej. A jako agenda rzą­dowa zobo­wią­zana jest do prze­strze­ga­nia tych samych praw, które mają wszyst­kie inne agen­cje fede­ralne w USA, czyli m.in.blo­ko­wa­nia dostępu do Wiki­Le­aks.

Nie­za­leż­nie od tego, jak absur­dalna i nie­sku­teczna jest ta decy­zja, bo tre­ści z Wiki­Le­aks można zna­leźć na dzie­siąt­kach o ile nie set­kach ser­we­rów na całym świe­cie, fakt ich upu­blicz­nie­nia nie czyni ich jaw­nymi, nie­za­leż­nie od tego, jak łatwo je znaleźć.

Zga­dzam się z tym, ze blo­ko­wa­nie dostępu do Wiki­Le­aks nie ma sensu, ale to nie jest pierw­sza i nie ostat­nia decy­zja, która, reali­stycz­nie rzecz bio­rąc, jest total­nie nie­tra­fiona, ale została wymu­szona tym, że takie a nie inne są prze­pisy prawa.

A co wy o tym myślicie?

Podobne wpisy:

  1. Biblio­teka Kon­gresu zmie­nia stronę internetową
  2. Zar­chi­wi­zuj to sam — Per­so­nal Archi­ving Day
  3. Biblio­teczna blo­gos­fera rośnie
  4. Al Focus
  5. Napisy a sprawa amerykańska

Wpis został opublikowany 12 grudnia 2010 r. i oznaczony następującymi tagami:
, , , .

Komentarze do wpisu:

  1. T.O., 12.12.2010, 21.00

    W Biblio­tece Wydzia­ło­wej WZiKS UJ blo­ko­wana jest Nasza-Klasa, nato­miast nie jest blo­ko­wany Face­book. Jest to dosyć zabawne… Wra­ca­jąc do tematu, wszelka próba blo­ko­wa­nia nie­któ­rych stron w Inter­ne­cie podobna jest do zama­zy­wa­nia wybra­nych arty­ku­łów w gaze­cie — przy­po­mina cen­zurę na dziele opu­bli­ko­wa­nym. I jak­kol­wiek sprawy Wiki­Le­aks nie chcę poru­szać, bo zasłu­guje ona na zupeł­nie inne obja­śnie­nie tak uwa­żam, że Biblio­teka Kon­gresu nie powinna bawić się w “cen­zora”. Mimo zła­ma­nia prawa przez twór­ców WikiLeaks.

  2. Qavtan, 13.12.2010, 09.34

    W grun­cie rze­czy misja biblio­teki też ure­gu­lo­wana jest praw­nie.
    Więc to chyba kon­flikt jed­nego prze­pisu z drugim.

    Kie­row­nic­two Biblio­teki ma spo­kój, bo nikt ze zwierzch­ni­ków nie zarzuci im dzia­ła­nia na szkodę pań­stwa. Jed­nak oby­wa­tele mogą zarzu­cić z kolei, że Biblio­teka broni dostępu do naj­now­szych(?) lub/i naj­waż­niej­szych(?) infor­ma­cji, które mogą zmie­nić pogląd oby­wa­teli na ich kraj.

    Podej­rze­wam, że kie­row­nic­two BK ma ciężki orzech do zgry­zie­nia, blo­ko­wać czy nie. Wybrali bez­pieczne dla nich wyj­ście, posad nie stracą.

Dodaj własny komentarz: