Frekwencja w bibliotece

Dziś troszeczkę przekornie będzie. Zastanawiałem się ostatnio nad tym, jak to bibliotekarze i nie tylko narzekają na spadek czytelnictwa, na to, że młodzież nie czyta (choć wg mnie to nieprawda, o czym już pisałem), że społeczeństwo się analfabetyzuje, że do bibliotek nie chodzą, że jest ogólnie źle i nic, tylko umierać. A ja wejdę w rolę advocatus diaboli i jako czynnie pracujący bibliotekarz powiem: a może to dobrze?

To znaczy tak ogólnie to bardzo bym się cieszył, gdyby każdy mieszkaniec naszego pięknego kraju regularnie odwiedzał bibliotekę. Ale wydaje mi się, że umiarkowana frekwencja też ma swoje zalety. A dokładniej jedną, dużą zaletę, którą zauważam zarówno w bibliotece Pałacu Młodzieży jak i w WSH i o której chciałbym dziś kilka słów napisać. Otóż przy nieco mniejszej liczbie osób odwiedzających bibliotekę mogę lepiej pomóc czytelnikom. Dlaczego? Już wyjaśniam, na dwóch przykładach.

Przykład pierwszy. Zarysujmy sytuację. Standardowy weekend zjazdowy w WSH, tłumy studentów walą do wypożyczalni, pracujemy jak na kasie w hipermarkecie. Zwrot: zeskanować kod paskowy książki, zdjąć ją z konta czytelnika, powtarzać czynność aż do braku książek do zwrotu, poinformować czytelnika, jak wygląda stan jego konta. Wypożyczenie: zeskanować kod legitymacji albo karty bibliotecznej (jesteśmy w okresie przejściowym, studenci posługują się albo tym albo tym), zeskanować kod książki, wczytać ją na konto czytelnika, powtarzać czynność aż do wypożyczenia wszystkich żądanych książek. I tak aż do znudzenia.

Jeśli student nie ma zapisanych detali książek do wypożyczenia (autor, tytuł i sygnatura książki), albo jeśli nie wie konkretnie czego chce, odsyłamy delikwenta do katalogu komputerowego, bo za nim czeka tłum jego kolegów i koleżanek, którzy też chcą podczas przerwy skorzystać z biblioteki.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy mamy luz i jest pusto. Wtedy, jeśli czytelnik nie ma żadnych konkretów, to pomożemy znaleźć książkę, spytamy u kogo pisze pracę magisterską/licencjacką (o ile szuka materiałów do pracy), poinstruujemy jak w katalogu wyszukiwać w spisach treści, podrzucimy jakieś konkretne hasło przedmiotowe, według którego może szukać, przejrzymy, co mamy na półkach, zwyczajnie się o tego czytelnika zatroszczymy. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić mając dwadzieścia osób w kolejce. Dlatego gdy mamy tłum, odsyłamy do katalogu.

Przykład drugi. Tym razem konkretna sytuacja, która miała miejsce w bibliotece Pałacu Młodzieży. Przyszła dziewczyna, maturzystka, szukająca materiałów do swojej prezentacji maturalnej. Akurat nie było zbyt dużo ludzi na czytelni, dzieciaki zwykle grające na komputerach i robiące hałas jeszcze siedziały na lekcjach, więc było względnie cicho. Koleżanka dyżurująca na czytelni zasypała więc dziewczynę książkami z tematyki, która maturzystkę interesowała. Dosłownie, ja wszedłem do czytelni i zobaczyłem ze trzy stosy książek i czubek głowy znad nich wystający. Nie znaleźlibyśmy ich tyle, gdybyśmy mieli czytelnię pełną. Po znalezieniu kilku książek zajęlibyśmy się kolejnym czytelnikiem.

W tego typu przypadkach niska frekwencja w bibliotece jest pożądana, bo pozwala lepiej zająć się tymi najbardziej zainteresowanymi czytelnikami. Jasne, że bardzo się cieszymy, gdy jest u nas wielu czytelników (choć czasem gdy jest ich zbyt wielu, to też nie jest dobrze, bo po ośmiu godzinach dyżuru człowiek czasem nie wie, jak się nazywa), ale wtedy mniej uwagi poświęcamy pojedynczej osobie. I dlatego czasami mogę powiedzieć, że to dobrze, że czasami w bibliotece frekwencja nie jest wysoka.

Podobne wpisy:

  1. Trudni klienci w bibliotece — typologia
  2. Zwierzaki w bibliotece
  3. Audiobooki w bibliotece
  4. Rok w bibliotece WSH
  5. Znani w bibliotece

Wpis został opublikowany 22 listopada 2008 r. i oznaczony następującymi tagami:
, .

Dodaj własny komentarz: